34. posiedzenie Sejmu w dniu 22 stycznia 2009 r.
Projekt rezolucji wzywającej Prezydenta RP do jak najszybszego ratyfikowania Traktatu z Lizbony zmieniającego Traktat o Unii Europejskiej i Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską
Panie Marszałku! Wysoka Izbo!
Jest takie powiedzenie dyskusja akademicka. Jest ona różnie interpretowana, ale jedna z definicji jest taka, że dyskutuje się bardzo uczenie, ale nikt nikogo do niczego nie przekona. Wydaje mi się, że dzisiaj mamy do czynienia z taką właśnie dyskusją. Żeby sprawa była jasna, koło Socjaldemokracji Polskiej, jak również Demokratyczne Koło Poselskie popierają wszystko to, co w tej rezolucji jest napisane. Oczywiście prezydent nadużywa konstytucji, poza tym postępuje niekonsekwentnie.
Wszystko to jest prawdą. Padało tu wiele argumentów, które zdecydowanie podzielamy i będziemy głosować za rezolucją. Przykre jest to, że to kolejna dyskusja, w której każdy mówi swoje i z góry wiadomo, jaki będzie wynik. Z góry wiadomo, że prezydent nie podpisze tego traktatu, dopóki nie odbędzie się referendum w Irlandii. Niemniej jednak, skoro już dyskutujemy, to może kilka nowych rzeczy uda się powiedzieć. Zaintrygowało mnie, podobnie jak posła Iwińskiego, wystąpienie pana posła Kowala, którego zawsze chętnie słucham, bo bardzo inteligentnie i przewrotnie przedstawia problem, który jest przedmiotem konfliktu. Odwołam się do innego powiedzenia, które kiedyś padło publicznie, mianowicie że można wiele mówić, a niewiele powiedzieć. Pan poseł Kowal powiedział bardzo wiele ciekawych rzeczy, w tym odwołał się do powiedzenia arabskiego: inne plany ma naganiacz, a inne wielbłąd. Czekałem na to, że dowiemy się, jakie plany ma wielbłąd, ale niestety w czasie tych 10 minut nie dowiedzieliśmy się tego. Wydaje mi się, że jednak cokolwiek, mimo wszystko, można w tej sprawie rozjaśnić. Otóż, cała ta sprawa ma chyba charakter czysto prestiżowy. Pan prezydent brał udział w wynegocjowaniu traktatu lizbońskiego, chwalił się tym, i słusznie, i ocenił to jako sukces. W zasadzie wszystko było na dobrej drodze, gdyby nie to, że dał się uwikłać w konflikt we własnym obozie politycznym. W konflikt między tymi, którzy uważali, że mimo wszystko trzeba ten traktat akceptować, i tymi, którzy zdecydowanie byli przeciwko. Groziło to rozłamem. Pan prezydent wówczas stwierdził: zapewnimy dodatkowe gwarancje dla spraw, które wynegocjowałem, m.in. dla tzw. Systemu z Joaniny. To miało uspokoić tę frakcję i rzeczywiście uspokoiło. Problem tylko w tym, że te dodatkowe gwarancje wymagały ustawy, która byłaby sprzeczna z konstytucją. Na tym polegał problem i do dzisiaj z tego właśnie względu nie ma tej ustawy. Prezydent zdaje sobie z tego sprawę, że tak właśnie sprawy się mają, że nie będzie ustawy kompetencyjnej takiej, jakby chciał, a traktat w końcu podpisać musi. W związku z tym wymyślił kwestię irlandzką.
Tak sprawa wygląda. To jest sposób na wyjście z twarzą z tego całego uwikłania politycznego, w które prezydent wpada stale, ponieważ nie może oderwać się od swojego środowiska politycznego, nie może być prezydentem wszystkich Polaków. Dzisiaj pozostaje tylko zadać panu prezydentowi kilka pytań. Chciałbym mimo wszystko je zadać, choć już raz to mówiłem, ale powiem raz jeszcze. Chcę szanować urząd prezydenta, chcę szanować osobę prezydenta. Nie musimy się zgadzać, ale chciałbym, żeby jasno powiedział obywatelom, o co chodzi.
W związku z tym stawiam tu dzisiaj publicznie tych kilka pytań.
Po pierwsze, prezydent wynegocjował traktat, uznał to za sukces. Chciałbym wiedzieć, czy nadal tak uważa. Po drugie, Irlandia – wiemy już o tym – powtórzy referendum. Prezydent chce poczekać na jego wynik. Pytam jednak, czy prezydent życzy sukcesu zwolennikom traktatu w Irlandii, czy też jego przeciwnikom. Dobrze by było, żeby powiedział to publicznie, czy chciałby po prostu, aby traktat wszedł w życie, żeby Irlandia wypowiedziała się: za, czy też nie. Nic bowiem do tej pory na ten temat nie usłyszeliśmy. Trzecie pytanie jest rozwinięciem pytania drugiego. Zakładam oczywiście, że prezydent chce, aby traktat wszedł w życie, zakładam, że to wszystko, co mówił, nie było fałszywe.
Panie marszałku Niesiołowski, pan jest wyjątkowo nieufny wobec prezydenta. Ja okazuję mu znacznie większy kredyt zaufania.
Otóż, nie ulega wątpliwości, że zwolennikom traktatu w Irlandii będzie łatwiej odnieść sukces w ponownym referendum, gdy będą mogli powiedzieć swoim rodakom, że wszystkie państwa europejskie już zaakceptowały ten traktat. To jest chyba oczywiste. To jest jeden z argumentów. Znany irlandzki przeciwnik Unii Europejskiej Declan Ganley, który zresztą był również w Polsce, nie będzie mógł podpierać się Polską, wzywając do głosowania na: nie. W związku z tym pytanie jest takie: Czy pan prezydent chce pomóc premierowi i rządowi Irlandii, którzy są za, czy panu Declanowi Ganleyowi, który jest przeciwny Unii Europejskiej. Czwarte pytanie. Prezydent Lech Kaczyński wielokrotnie ganił Unię, że nie jest dostatecznie stanowcza i spójna, gdy chodzi o politykę wschodnią, bezpieczeństwo energetyczne. Słusznie ją ganił, bo to polska racja stanu. Traktat z Lizbony ułatwia realizację tych celów, co do tego wszyscy się zgadzamy. Logicznym wnioskiem jest, zatem to, że Polska powinna aktywnie działać na rzecz wejścia traktatu w życie. Pytam, zatem, jakie konkretne działania pan prezydent podjął lub zamierza podjąć, aby traktat ratyfikowały wszystkie państwa Unii. Czy pan prezydent dostrzega to, że bierność Polski w tym zakresie, polegająca w pierwszej kolejności na wstrzymaniu się od złożenia podpisu, jest po prostu sprzeczna z polską racją stanu? Wreszcie ostatnia kwestia. Nie tylko Sejm i Senat, ale także zdecydowana większość Polaków i właściwie wszystkie partie – z pewnymi tylko wyjątkami, powiedziałbym, personalnymi – opowiadają się za traktatem. Prezydent twierdzi, że chce uszanować wolę narodu irlandzkiego. Chciałbym zapytać zatem, co dla prezydenta Rzeczypospolitej jest ważniejsze: wola narodu irlandzkiego czy wola narodu polskiego.
